Post-synodalna agonia Kościoła – część I

Post-synodalna agonia Kościoła – część I

Sądzą Państwo może, pewnie przynajmniej część z was, iż taki tytuł jest zbyt drastyczny, katastroficzny czy co najmniej bardzo przesadzony ? Ja uważam, że gdy się zacznie nazywać rzeczy i zjawiska po imieniu nie chowając głowy w piasek, jak przysłowiowy struś, to nazwa jest adekwatna do tego, co się od dłuższego czasu (i to nie bynajmniej od pontyfikatu Franciszka) dzieje w Kościele. I uzasadnić to nie jest nawet trudno, o czym będzie ten esej poświęcony zakończonemu w końcu października ub. roku XVI Zwyczajnemu Ogólnemu Zgromadzeniu Biskupów, powszechnie zwanym „Synodem o Synodalności”. Tak „otwarty” papież jak Franciszek, zaskoczył wszystkich bezwzględnym zakazem wypowiedzi medialnych i wszelkich komentarzy przez uczestników I części Synodu. Dziwna też była metodologia obrad, gdy zebrani podzielni na „stoliki” mogli przedstawiać wyłącznie swoje opinie na zadane tematy, które przecież nie zawsze uznawali za istotne. Dodatkowo przyjęta formuła obrad nie była typową wymianą poglądów ze swobodną dyskusją i argumentacją; zostało to wręcz zabronione a narzucono „wsłuchiwanie się w Ducha Świętego”, co samo w sobie nie jest złe, ale po co do tego zwoływać Synod, skoro powinna być to naturalna postawa biskupów (a praktycznie każdego z nas)?

Wiele mówiąca była statystyka ujawniona przez jednego z uczestników a dotycząca „języka synodalnego”; otóż przy jego stoliku słowa „synod i synodalność” pojawiły się 342 razy, słowo „proces” 87 razy, Jezus 14 razy zaś Zmartwychwstanie – 0. Mówi to chyba wiele i wątpię by było efektem „natchnienia Ducha Św.”

Przyjęte po zakończeniu sprawozdanie podsumowujące, nie było też poddane jakiejkolwiek dyskusji, bez możliwości wniesienia poprawek; zebrani mogli tylko głosować za jego przyjęciem lub nie, a ponieważ tekst był pozbawiony kontrowersji, został przyjęty. Ciekawe w tym kontekście jest pominięcie w nim np. terminu LGBT, choć w dokumencie przygotowawczym wprowadzającym w obrady była mowa wprost o „katolikach LGBT+”; lobby gejowskie było tym pominięciem niepocieszone. Niesłusznie. Zamiarem tych, którzy przygotowali dokument końcowy było nie prowokowanie tradycjonalistów, lecz gdy się odczyta właściwie tekst można dostrzec mnóstwo niedomówień i dwuznaczności przygotowujących świat katolicki na to, co nastąpiło podczas II finałowej części Synodu (o czym później). Tak więc np. pkt 15c mówi o tym, że „Kościelne rozeznawanie w świetle Słowa Bożego i Magisterium potrzebuje szerszej bazy informacyjnej, w tym nauk humanistycznych i społecznych”, dzięki czemu katolicy mieliby „uniknąć ucieczki w wygodę konwencjonalnych formuł”. Dalej pkt 15g nawiązuje do kwestii związanych z „tożsamością płciową i orientacją seksualną”, stwierdzając iż „Niekiedy wypracowane przez nas kategorie antropologiczne nie są wystarczające do ogarnięcia złożoności elementów wynikających z doświadczenia lub wiedzy naukowej i wymagają dopracowania i dalszych badań”. Ciekawe…

Całe to techniczne mambo – jumbo z nowomową w stylu „rozeznawania” i „towarzyszenia” jest podobne do słynnych „praw reprodukcyjnych kobiet”, gdy wiadomo, iż chodzi o aborcję na żądanie. Tak i w tym przypadku, pod zasłoną quasi – teologicznego żargonu i „mądrych” terminów, chce się ukryć fakt, że tak naprawdę zamierza się m. in. radykalnie zmienić krytyczne elementy nauczania Kościoła w kwestiach spraw płciowości ludzkiej i całej przestrzeni z tym związanej. Patrząc na taktykę postępowców używaną od dłuższego czasu, przypomniał mi się niesławnej pamięci eksperyment przeprowadzony na żabach (być może niektórzy z Państwa o nim słyszeli ?). Tak więc gdy żabę wrzucono do naczynia z gorącą wodą, ta oczywiście natychmiast wyskoczyła, natomiast całkiem inny i tragiczny, był przebieg drugiego ćwiczenia, kiedy to żaba została umieszczona w naczyniu z zimną wodą, które zaczęto stopniowo podgrzewać. Pewnie się Czytelnicy domyślają jaki był finał. Tak, mimo coraz większego poczucia dyskomfortu a potem narastającego zagrożenia, żaba nigdy nie wyskoczyła ze śmiertelnej pułapki, by w końcu się ugotować, do końca nie widząc ratunku w jedynym możliwym wyjściu, czyli wyskoczeniu, zamiast ciągłym pływaniu w koło i szamotaniu się. I ta analogia według mnie znakomicie pasuje do obecnej sytuacji mającej miejsce w Kościele, czyli także „synodalnej sytuacji”, bo nie dotyczy to tylko samego Synodu o Synodalności.

Tak samo jak biedne żabsko, większość katolików widzi i przeczuwa, iż coś niedobrego dzieje się z ich Kościołem; dostrzegają pewne znaki, są nimi zaniepokojeni, ale odmawiają ich przyjęcia i akceptacji. Temperatura wzrasta, ciało Kościoła jest coraz słabsze, wierni zaczynają szukać wyjścia z tego konfliktu na linii Magisterium – postępowanie papieża – proces synodalny; szamocą się wewnętrznie i mimo podpowiedzi logiki, iż wyjście jest proste, lecz zarazem radykalne, nie wyskoczą z tego zaklętego kręgu, by powtórzyć jak w 1953 r. kard. St. Wyszyński: Non possumus ! Ponieważ postępowcy obawiają się, iż zbyt radykalna agenda i tempo wprowadzania zmian, spowodowałyby „wyskoczenie katolickiej żaby” ze śmiertelnej pułapki, postanowiono stopniowo podgrzewać temperaturę, by osiągnąć tak czy inaczej swój cel.
Edmund Burke już wiele lat temu jakże celnie zauważył, że „By Zło zatryumfowało wystarczy, by ludzie dobrej woli, nie robili nic”. I ta diagnoza sprawdza się na naszych oczach w odniesieniu do ekscesów Synodalności w ogóle, a już do tzw. Niemieckiej Drogi Synodalnej w szczególności. Niby olbrzymia większość katolików nie popiera tych dewiacji, ale zarazem siedzi cicho; dotyczy to zarówno laikatu i duchownych, tak jakby jedni oglądali się na drugich, kto pierwszy podniesie sztandar protestu. Całkiem niepotrzebnie, bo ten sztandar podniosło już kilkunastu hierarchów ( także byłego przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp St. Gądeckiego, za co mu chwała) oraz część katolickich (nie tylko z nazwy) dziennikarzy obecnych w różnego rodzaju mediach oraz znaczących postaci w kręgach katolików tradycyjnych. Tak więc mamy liderów i potrzeba im naszego mocnego wsparcia, które musi się wyrazić w znaczącej liczbie protestów wysyłanych do lokalnych biskupów, presji medialnej etc. Nie zawsze ilość przechodzi w jakość, lecz w tym konkretnym przypadku, większy opór może (bo wszak gwarancji nie ma wobec determinacji postępowców) doprowadzić przynajmniej do zminimalizowania strat (np. „tylko” zniesienia obowiązku celibatu, co nie dotyczy przecież doktryny wiary). Niestety, patrząc na bierność przeciętnego katolika, zaczynam wątpić czy jest to możliwe, tym niemniej każdy z nas, któremu drogie jest ocalenie Kościoła przed postępującym procesem destrukcji, musi na własną miarę i wg swych możliwości działać. Nie twierdzę, że jest to łatwe, gdy się obserwuje wszechobecny marazm, lekceważenie, obojętność, ale mimo wszystko nie można się poddać, bo jaka jest alternatywa ?

Wśród części tradycyjnych środowisk słychać optymistyczne opinie, iż I część Synodu wcale nie była tak „straszna”, jak się powszechnie spodziewano; uważam, że to nazbyt optymistyczne chciejstwo wynika z braku ostrości widzenia przez zasłonę dymną, którą zasnuli horyzont postępowcy. Ich taktyka polega na „zmiękczaniu materiału” i nieustannej obróbce psychologicznej opornej jeszcze materii, którą trzeba ewolucyjnie przygotować na zmiany, do których jesteśmy szykowani. Sądzę, że taki punkt widzenia prezentują tacy hierarchowie jak kard. Gerhard Műller, którzy nazwał Synod próbą „wrogiego przejęcia Kościoła Jezusa Chrystusa”, kard. Raymond Burke określił go jako „puszkę Pandory”, zaś zmarły kard. George Pell powiedział o Synodzie, iż to „toksyczny koszmar”. Każdy z nich wielokrotnie udzielał Franciszkowi „braterskiego upomnienia”, lecz obecny papież woli się raczej otaczać klakierami, niż słuchać głosu i opinii zatroskanych o losy Kościoła współbraci.

Po roku, ale jeszcze przed początkiem II sesji, dało się zauważyć kilka ciekawych rzeczy. Pierwszą jest to, iż Synodem o Synodalności nie interesuje się ogół katolików, co zaskakuje, gdy chodzi o „najważniejsze wydarzenie Kościoła ostatnich lat”, tym bardziej, że ta obojętność dotyczy procesu trwającego kilka lat, w który zaangażowane były wszystkie kraje, diecezje i parafie czyli nominalnie wszyscy wierni. Stało się to chyba dlatego, iż papież i organizatorzy zaczęli rozwiązywać problemy, które sami stworzyli, tj. sam proces synodalności, nieznany w całych dziejach chrześcijaństwa i naprawdę tak nieokreślony, że nikt dokładnie nie jest w stanie wytłumaczyć, o co w nim chodzi. Towarzyszy temu orwellowska nowomowa, z której można się dowiedzieć iż synodalność to proces, ruch, wspólne podążanie, przygoda, doświadczenie, podróż, gdzie ważne są „słuchanie, pokora, spotkanie, dialog, towarzyszenie, włączanie”. Na podstawie tego, proszę mi powiedzieć czym jest owa enigmatyczna „synodalność”? „Kościół Synodalny” odwrócił się plecami od spraw i zagrożeń wiary, którymi żyją dziś katolicy na świecie. Zamiast ewangelizować „Kościół synodalny ma słuchać, towarzyszyć i włączać”, głosząc, że najważniejsza jest polityka klimatyczna, ekologia, imigracja, dyskryminacja i społeczne wykluczenie homoseksualistów i tym podobne postępowe nonsensy. Po co normalnym katolikom taki „Kościół katolicki”?

Na inną sprawę zwrócił uwagę bp Robert Barron z USA, który całkiem słusznie zauważył istnienie takiego paradoksu. Otóż w awangardzie całego procesu „synodalności” kroczy Kościół w Niemczech, nadając mu ton i kierunek, a zagadnienia, które Niemcy uznali za najważniejsze, stały się podstawą obrad i transmisją niemieckiej Drogi Synodalnej. Rodzi się pytanie, jakie prawo do naśladowania ma Kościół kraju, którego świątynie świecą pustkami bo na niedzielne msze św. chodzi zaledwie 5% katolików, więc kolejne są ciągle zamykane, nie ma tam prawie powołań kapłańskich i seminaria są też likwidowane. Tylko w 2022r. z Kościoła wystąpiło 522 tys. wiernych, zaś jakość wiary tych, którzy jeszcze zostali jest taka, iż nie chodzą zupełnie do spowiedzi bo ”nie grzeszą” a zajmują się „nowym duszpasterstwem” (agenda homoseksualna, ochrona środowiska, ordynacja kobiet etc.), które powinna naśladować reszta Kościoła powszechnego. Czy raczej nie powinni się zająć realnym stanem i przyczyną tej tragicznej sytuacji, w jakiej znajduje się ich lokalny Kościół zamiast namawiać innych do spożywania trucizny, która tak skutecznie przyczyniła się do, trzeba to nazwać po imieniu, prawie całkowitej destrukcji tamtejszego Kościoła? Bp R. Barron sugeruje, by raczej zbadać dlaczego tak żywy jest Kościół w Afryce uczący ortodoksji teologicznej i moralnej, wierności Magisterium i podążający za nakazem Chrystusa o głoszeniu Dobrej Nowiny a nie obłąkanych ideologii.

Okres między I a II częścią Synodu został wykorzystany na urabianie świata katolickiego (tych nielicznych którzy się interesowali) wspomnianą metodą „powolnego gotowania żaby”, która miała doprowadzić do utworzenia „nowego, synodalnego katolicyzmu”, będącego zlepkiem różnych poglądów doktrynalnych i moralnych. Bez wątpienia można było dostrzec, iż „synodalność” będzie zmierzać w celu wprowadzenia do Kościoła progresywnej agendy katolickich, europejskich postępowców, którzy już w latach 60/70 XX w postulowali zmianę Magisterium Kościoła i jego protestantyzację (Sobór Duszpasterski w Holandii 1966-70 i Synod w Wűrzburgu 1970-75). Tak więc docelowo „synodalny Kościół” ma być podstawą współistnienia katolików wg zasady „jedności w różnorodności”, którą wprowadził do Kościoła anglikańskiego jego szef Justin Welby, przyjaciel Franciszka. Byłaby to luźna federacja, w której lokalne wspólnoty przyjmują swoją wersję doktryny i moralności jako emanacji kultury i zwyczajów, czego doskonałym przykładem była postawa papieża i kard. Fernandeza zajęta wobec protestu biskupów z Afryki, otwarcie odrzucających błogosławienie par homo, co postulował dokument podpisany przez Franciszka. Kard. Hollerich tak o tym powiedział: „Są uprawnione różnice, które do tej pory postrzegaliśmy jako zagrożenie dla Kościoła. Dziś synodalność jest drogą, którą musimy iść w celu zwalczania polaryzacji, by spojrzeć na różnice nie jako źródło podziałów, ale jako na coś, co przybliża nas do lepszego rozumienia tego, kim jest Bóg i jak działa w świecie. Myślę, że będzie to wielki zyska dla Kościoła”. Ciekawe iż to sam Pan Jezus wzywał do polaryzacji mówiąc: „Niech mowa wasza będzie tak-tak, nie-nie, a co ponadto od Złego pochodzi”.

Jak do tej pory nieokreślone są tzw. warunki brzegowe mające łączyć poszczególne części Kościoła powszechnego, ale raczej należy się spodziewać wszystkiego najgorszego, czyli niby istotnych ogólników o „znaczeniu Kościoła Chrystusowego”, „braterstwie wszystkich chrześcijan” itp. górnolotnych zaklęciach, bez żadnego znaczenia praktycznego. Jeżeli w takich krytycznych dziedzinach jak moralność, seksualna etyka, wyświęcanie kobiet, akceptacja homoseksualizmu, znaczenie sakramentów a zwłaszcza Eucharystii, będzie podejście „każdy sobie rzepkę skrobie”, to jak mówić o istnieniu „jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego Kościoła”, tak zdefiniowanego przez Credo (chyba, że się doda „synodalnego”)? Ten proces przemiany Kościoła, całkiem otwarcie przedstawiany przez hierarchów go kształtujących pod kontrolą Franciszka, jest drogą prowadzącą bezpośrednio do relatywizacji prawd wiary i moralności katolickiej. Jest to o tyle wstrząsające, iż zaprzecza w pewnych punktach wprost nauczaniu Chrystusa, jak choćby akapit o nierozerwalności małżeństwa. Przed inauguracją II części Synodu można było już dostrzec, iż jest to droga prowadząca do zdecydowanej i głębokiej destrukcji Magisterium, z usiłowaniem pogrążenia katolicyzmu w lokalnych, neo-pogańskich zwyczajach (Ryt Amazoński), zamiast wzmacniania ciągle podmywanych fundamentów przez wrogów Kościoła. I niestety, to działanie znalazło potwierdzenie w końcowej części.

Pisząc o tych wszystkich wynaturzeniach, by nie powiedzieć ostrzej, Synodu o Synodalności, nie sposób pominąć niechlubnej roli, jaką odgrywa w tym papież Franciszek, bez którego faktycznie, po pierwsze proces ten nie zostałby zainicjowany, a po drugie, to on jest rzeczywistym jego moderatorem, nawet jeśli się weźmie pod uwagę, że jest otoczony gronem klakierów i chętnych pomocników we wdrażaniu tego ideologicznego potworka. W pełni rozwijają się tu „talenty” papieża, z których jednym z najważniejszych jest zupełna nielogiczność propozycji i rozwiązań. Jak bowiem pogodzić takie podejście, że „W Kościele konieczna jest jedność doktryny i działania” z tym, że ta jedność nie przeczy istnieniu „różnych sposobów interpretowania pewnych aspektów nauczania” dodając, że w związku z tym można odmiennie rozumieć konsekwencje z takiego podejścia wypływające? Po prostu logicznie pogodzić się nie da tego, iż w Kościele może istnieć zarazem jedność doktryny i działania oraz różnorodność interpretacyjna dotycząca doktryny i wynikająca stąd „różnorodność praktyczna”. Franciszek oczekując współistnienia sprzeczności, świadomie czy też nie, powędrował w krainę logicznego absurdu…

Jedno trzeba przyznać, iż papież nie ukrywał tych zamiarów od początku swego pontyfikatu, bo już w adhortacji „Evangelii gaudium” pisał, iż oczekuje „zdrowej decentralizacji Kościoła i przyznania autorytetu doktrynalnego Konferencjom Episkopatu”, zaś ci, którzy „śnią o monolitycznej doktrynie powinni obudzić się”. Co prawda zabrało mu to 11 lat, lecz jak napisał, tak zrobił, w efekcie czego sformalizowano wiele praktyk które zapowiedział w sygnowanych przez siebie dokumentach: udziela się komunii rozwodnikom i niektórym protestantom, błogosławi pary homo, w różnych krajach panują całkiem odmienne wykładnie rozumienia moralności, grzechu i zagadnień eklezjologicznych. Kościół idzie już drogą anglikanizmu, bo panuje prymat jedności socjologicznej nad jednością Magisterium, które jest zwyczajnie „interpretowane”.

Tradycyjni katolicy z obawami oczekiwali nadejścia i rezultatów II części Synodu, a postępowcy wręcz przeciwnie, wiązali z nim nadzieje na rewolucyjne rozwiązania. Czy tak się stało, opowiem w II odcinku…

+ posts
author avatar
Andrzej Otomański

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *