Zagłada Polaków w Bydgoszczy
Program biologicznej zagłady Polaków nie zrodził się w hitlerowskich Niemczech z dnia na dzień. Powstawał w wyniku wieloletniego procesu ulepszania strategii kolonizacji wschodu.
Odrodzenie Polski po pierwszej wojnie światowej było odbierane w Niemczech jako dowód klęski tradycyjnych metod germanizacji. Dlatego też Himmler deklarował:
“Jest naszym obowiązkiem zgermanizować wschód nie w dawnym stylu przez uczenie niemieckiego, ale tak, aby wyłącznie osoby o czysto niemieckiej krwi zamieszkiwały na wschodzie”.
W ten sposób hitlerowskie Niemcy wypowiedziały wojnę biologiczną narodowi polskiemu. W wojnie tej mniejszości niemieckie na terenach polskich wspierane i trenowane przez nazistów odegrały kluczową rolę jako ośrodki infiltracji polskiego społeczeństwa oraz ugrupowania sabotażu i dywersji.
Zagłada Polaków w Bydgoszczy
Placówki mniejszości niemieckiej w Bydgoszczy w przeddzień wybuchu wojny były bardzo aktywne, skrupulatnie dostarczały do Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy nazwiska osób uważanych za nosicieli polskości, których następnie masowo mordowano. Mniejszość niemiecka w Bydgoszczy odegrała również istotną rolę dostarczając propagandzie wojennej Goebbelsa bezcennej amunicji. Atakując od tyłu wycofujące się oddziały wojska polskiego dywersanci niemieccy sprowokowali Polaków do odwetu na cywilnej ludności niemieckiej Bydgoszczy.
W dniach 3-4 września 1939 roku zginęło w Bydgoszczy około 300 Niemców. W grupie tej były osoby z bronią w ręku jak również cywile niebiorący udziału w walce. Niemcy wydarzenie to nazwali Krwawą Niedzielą a zdjęcia pomordowanych szeroko opublikowali w prasie niemieckiej i zagranicznej na dowód polskiej brutalności. Polaków nazwali terrorystami zdolnymi do najgorszych przestępstw, odmawiając im w ten sposób wszelkich praw, a następnie przystąpili do masowych egzekucji ludności polskiej w Bydgoszczy. Była to ulubiona strategia Hitlera – przedstawiając Polaków jako barbarzyńców, mógł usprawiedliwić ich masową eksterminację.
Rodzina Kaniastych
Kazimierz Kaniasty miał 7 lat, gdy wybuchła wojna. Urodził się w Bydgoszczy w zamożnej kupieckiej rodzinie. Był trzecim dzieckiem Elżbiety z domu Krasińskiej i Jana Kaniastego. Ojciec Kazimierza był współwłaścicielem spółki akcyjnej Wawrzyński-Kaniasty, która handlowała zbożem i produktami rolnymi a matka prowadziła sklep delikatesowy w centrum miasta. Rodzina należała do bogatszych w mieście, miała nawet samochód, co było rzadkością w tamtych czasach. – Naszym stayerem – wspomina Kazimierz – jeździliśmy na wycieczki do Piecek nad jezioro.
Kaniaści mieszkali w trzypiętrowej kamienicy, w której mieszkała również rodzina Kowalskich i Kordeckich. Przed wojną wszystkie dzieci z kamienicy bawiły się razem, ale z wybuchem wojny Kordeccy zabronili swoim dzieciom bawić się z Kaniastymi. – Kordeccy starali się być Niemcami, gdyż nie wierzyli, że Polska zdoła obronić się przed niemiecką agresją – wspomina Kazimierz.
Niestety, na krótko przed wybuchem wojny firma Wawrzyński-Kaniasty upadła, a matka Kazimierza zlikwidowała sklep. 31 sierpnia Jan Kaniasty wywiózł całą rodzinę do kuzynów Błaszaków we wsi Wszędzień koło Gniezna, gdzie Błaszak był sołtysem. Zaraz po ich przyjeździe we Wszędzieniu pojawili się Niemcy. Wówczas sołtys Błaszczak wraz z Janem Kaniastym zaczęli konfiskować im rowery. Niemcy natychmiast obu schwytali i zabrali na rozstrzelanie do wsi Czemieszno. Kiedy już stali w kolejce do egzekucji ich kuzyn Drahaim, który doskonale mówił po niemiecku wyprosił u Niemców ich zwolnienie. – Gdy wrócili do domu mój ojciec był siwy – mówi Kazimierz.
Po tym wstrząsie Kaniaści postanowili wracać do Bydgoszczy. Nie mogli już jechać samochodem, więc rozebrali go na części a silnik zakopali u Błaszaków w ogrodzie, aby nie wpadł w ręce Niemców. Do Bydgoszczy wrócili furmanką i tu dopiero po raz pierwszy usłyszeli odgłosy walki zbrojnej, strzały i wybuchy. – Nasze mieszkanie było splądrowane – mówi Kazimierz. – Mama była zrozpaczona i bardzo przestraszona. Przeklinała Niemców i robiła to po niemiecku.
Okazało się też, że nigdzie nie można było kupić jedzenia, gdyż na wszystkich sklepach wisiały napisy Nur für Deutsche. Znajomi radzili, że trzeba podnieść rękę i powiedzieć Heil Hitler!, to może wtedy coś sprzedadzą. Na szczęście Kaniaści mieli sporo zapasów, w tym dużo kartofli, dzięki którym przeżyli jakiś czas.
Zagłada Polaków w Bydgoszczy
Wkrótce po ich powrocie Bydgoszcz obiegła wiadomość, że Niemcy rozstrzeliwują Polaków na placu Wolności przy kościele Jezuitów. Kazimierz tak wspomina to wydarzenie:
Egzekucja na placu Wolności
Pobiegliśmy z braćmi w tamtą stronę. Dzień był pochmurny. Biegliśmy przez tak zwane Młyny. Było już około południa, gdy dotarliśmy do ulicy Niedźwiedzkiej. Na rogu placu Wolności stała grupka ludzi, którzy zza rogu domu obserwowali, co się dzieje na placu. Mój najstarszy brat zawołał, żeby się zatrzymać. Dołączyliśmy więc do grupki gapiów i zza rogu domu obserwowaliśmy, co się działo na placu. Widziałem wtedy, jak zajechały dwa otwarte samochody ciężarowe. Z każdego wyładowano około dziesięciu osób a następnie popędzono wszystkich pod mur przy kościele Jezuitów. Byli to cywile w różnym wieku, głównie mężczyźni, większość schludnie i elegancko ubranych, wszyscy trzymali ręce do góry.
Widziałem też szpaler żołnierzy niemieckich ustawionych naprzeciwko muru z bronią gotową do strzału. Do ludzi zbitych pod murem wybiegł z kościoła ksiądz i zaczął udzielać im sakramentu. W tym to momencie padła salwa z plutonu egzekucyjnego. Słyszałem krzyk i płacz mieszany z hukiem strzałów. Widziałem, jak ksiądz został trafiony kulami, kiedy padał na ziemię uderzył zakrwawioną ręką o mur. Oglądaliśmy te scenę z odległości około 400 metrów. Przeraziliśmy się tym widokiem i w popłochu uciekliśmy do domu.
Tego dnia strzały na placu Wolności słychać było do późnego wieczora. Rodzice mówili, że Niemcy rozstrzeliwują polską inteligencję. Podobno hitlerowcy wyciągali Polaków z domów według wcześniej przygotowanych list przez lokalnych Niemców. Bardzo się wtedy baliśmy o tatę. Znaliśmy parę osób, które zostały rozstrzelane. Byli to sędziowie, profesorowie, nauczyciele.
Nazajutrz po tej egzekucji Niemcy zamalowali wapnem mur, pod którym mordowano Polaków. Jednak ślad ręki księdza, który został zamordowany niosąc ostatnią posługę wiernym, przebijał przez warstwę wapna. Tłumy mieszkańców Bydgoszczy zaczęły gromadzić się przed murem kościelnym, aby zobaczyć krwawy ślad ręki jezuity.
Razem z braćmi poszedłem również obejrzeć ten ślad. Był to wielki akt odwagi z naszej strony, gdyż Niemcy obstawili cały plac i obserwowali wszystkich, którzy w tamtym kierunku się udawali. Nie zatrzymaliśmy się przy murze tylko przeszliśmy wolno obok i wyraźnie widziałem cień ręki odciśnięty na murze kościelnym.
Niemcy jeszcze wielokrotnie zamalowywali ten ślad, aż w końcu postanowili rozebrać cały mur. Jednakże nawet kiedy już rozbili go młotami na kawałki, ludzie nadal widzieli cień ręki księdza męczennika pojawiający się w miejscu, gdzie stał mur. Mistycyzm tego zjawiska był tak wielki wśród polskiej ludności w Bydgoszczy, że Niemcy zbombardowali kościół jezuicki, a gruzy wywieźli w nieznane.
Aby uzasadnić ten absurdalny akt barbarzyństwa lokalna gazeta kontrolowana przez Niemców na pierwszej stronie zamieściła zdjęcie zniszczonej świątyni z podpisem, że to samoloty brytyjskie ją zbombardowały, w związku z czym Niemcy musieli dokonać ostatecznej rozbiórki, gdyż nie nadawała się do odbudowy.
Egzamin na Niemca
W październiku 1939 r. Niemcy wcielili Bydgoszcz do Rzeszy. Miejscową ludność uznali za spolonizowanych Niemców, a więc osoby o dobrej krwi, nadające się do ponownej germanizacji. Wszystkich Polaków zaczęto wzywać do siedziby Gestapo na egzamin lojalności. Gdy przyszła kolej na rodzinę Kaniastych, rodzice ubrali dzieci odświętnie i wszyscy razem poszli na przesłuchanie. 7-letni Kazimierz tak zapamiętał to wydarzenie:
– Gdy weszliśmy do sali zobaczyliśmy pięciu gestapowców w mundurach siedzących za podłużnym stołem. Byli bardzo mili i grzeczni. Ojca zaczęli przekonywać, żeby podpisał listę Volksdeutsche, co miało oznaczać, że stanie się Niemcem. Tłumaczyli mu, że Polska nigdy już się nie odrodzi i że jak podpisze tę listę jego dzieci będą miały lepszą przyszłość. Tata na to im odpowiedział, że Polakiem się urodził i Polakiem umrze.
Tymczasem nas zabrano do innego pokoju, gdzie puszczono nagrania hitlerowskich piosenek i zapytano, kto to śpiewa. Odpowiedzieliśmy, że to pewno śpiewa Hitlerjugend. Wtedy zapytali, czy chcemy należeć do tej organizacji. Odpowiedzieliśmy, że dziękujemy, ale nie chcemy. Wtedy zapytali, dlaczego nie chcemy należeć do Hitlerjugend. Odpowiedzieliśmy, że nie chcemy, bo oni nas prześladują.
Gdy stało się jasne, że nie podpiszemy listy Volksdeutsche, gestapowcy brutalnie kazali się nam wynosić krzycząc w naszą stronę: “Wynoście się wy świńskie psy!” W domu tata powiedział, że musimy się przygotować na jeszcze większe prześladowania. Powiedział też, że Niemcy będą chcieli go aresztować, więc musi wyjechać i będzie się ukrywać w Poznańskiem, gdzie miał rodzinę i dużo znajomych.
W tym czasie wszyscy Polacy w Bydgoszczy byli wzywani na Gestapo w celu zadeklarowania swojej lojalności wobec władz niemieckich. Niektórzy nasi kuzyni podpisali tę listę. Mój ojciec ich przestrzegał, aby tego nie robili, gdyż zostaną wcieleni do armii niemieckiej i pojadą na front. I tak też się stało. Kilku naszych krewnych podpisało listę, ponieważ grożono im obozem koncentracyjnym. W nagrodę za podpisanie listy ich rodzina mogła kupować żywność w sklepach dla Niemców, ale ich natychmiast wysłano na front, gdzie w krótkim czasie zginęli. Mój ojciec natomiast ukrywał się przez całą wojnę, a po wojnie wrócił do nas do Bydgoszczy.
Zakazany język
Jeszcze w 1939 r. Niemcy wprowadzili w Bydgoszczy całkowity zakaz mówienia po polsku. Złamanie tego zakazu groziło obozem koncentracyjnym lub pracą przymusową w Niemczech. Nawet w domu nie wolno było mówić po polsku. Do kamienicy Kaniastych dokwaterowano Niemca, który podsłuchiwał pod drzwiami, czy przypadkiem nie mówi się po polsku. Kazimierz pamięta szloch zrozpaczonej matki, że pozostała im już tylko modlitwa, gdyż jedynie modlitwę można w duchu odmawiać po polsku bez żadnej kary.
Co więcej, wkrótce Niemcy zamknęli wszystkie polskie szkoły. Jako pierwszoklasista w szkole niemieckiej Kazimierz otarł się o śmierć. Tak to wspomina:
– Któregoś dnia w przerwie między lekcjami rozmawialiśmy z kolegami na korytarzu po polsku. Ogromny Niemiec, który pilnował porządku usłyszał, że rozmawiamy po polsku, podszedł do naszej grupy i uderzył stojącego obok mnie kolegę z całej siły pękiem kluczy w głowę. Kolega mój upadł i okazało się, że od tego uderzenia zmarł na miejscu. Wydarzenie to głęboko utkwiło w pamięci małego Kazimierza na całe życie, a mowa polska stała się dla niego szczególnie wielką wartością.
Po wojnie wszystkie dzieci Kaniastych skończyły studia. Kazimierz został inżynierem chemikiem.
– Jedyny egzamin, jaki w życiu oblałem, to był ten “na dobrego Niemca” – śmieje się dumnie.
W latach 70-tych Kazimierz Kaniasty wyjechał z Polski i osiedlił się w Stanach Zjednoczonych, gdzie dostał świetną pracę w swoim zawodzie i był cenionym specjalistą.
Kazimierz Kaniasty z synami w Stanach Zjednoczonych 2005 rok
Maria Szonert Binienda


