Duchowni na Syberii

Duchowni na Syberii

Duchowni na Syberii (1)

Bezwzględne „oczyszczanie” społeczeństwa z nieprawomyślnych księży

Wyroki śmierci i wyniszczanie w łagrach

Dr Marek Klecel

 

„W pierwszym okresie istnienia ZSRS jego władza rozpoczęła realizację utopii marksistowskiej, dokonując eksperymentu bez precedensu w historii, w którego wyniku państwo to stało się zjawiskiem nieznanym dotychczas ludzkości. Liczba jego ofiar 1917–1953 oceniana jest na 40 milionów osób, a bezpośrednie i pośrednie straty ludnościowe Rosji Sowieckiej w ciągu 40 lat jej istnienia, poczynając od 1917 roku, szacowane są na 110 milionów” – opisywał w największym skrócie fenomen komunistycznego państwa sowieckiego ks. Roman Dzwonkowski w swym źródłowym opracowaniu dziejów polskiego duchowieństwa, które znalazło się na terenach sowieckiej Rosji.

Polityka wobec Kościoła katolickiego i całego duchowieństwa była od początku, czyli od rewolucji bolszewickiej, zdecydowanie likwidacyjna i represyjna: „Religia i komunizm nie mogą istnieć obok siebie” – głosił rewolucyjny teoretyk Nikołaj Bucharin. Politykę ograniczania i likwidacji religii przeprowadzano jednak stopniowo i etapami, zwłaszcza gdy po rewolucji musiał nastąpić podbój całego społeczeństwa, zbudowanie państwa totalitarnego mającego kontrolę nad wszystkim, wprowadzającego także eksperyment gospodarki całkowicie państwowej. Przyniosło to w rezultacie wielki kryzys i załamanie gospodarcze; wycofywano się z wielu drastycznych reform w okresie tzw. NEP (Nowej Polityki Ekonomicznej), gdy groził głód i całkowite załamanie państwa. Likwidację religii zawieszono na jakiś czas, choć zniszczenia i represje wobec duchownych już się dokonały. Nigdy bowiem nie zrezygnowano z bolszewickich założeń, przygotowano je tylko i przeprowadzano już w sposób przemyślany i stopniowo realizowano.

Na wszystkich zagarniętych terenach nie ograniczano zrazu w latach 1920. życia religijnego parafii katolickich, ale ograniczano je do murów kościelnych. Wiara i obrzędowość z nią związana miały zniknąć z przestrzeni publicznej. Silna propaganda ateistyczna w wykonaniu różnych organizacji w rodzaju „Bezbożnictwa” miała ukształtować nową mentalność, obyczaje i wprowadzić „świecką religię” państwa komunistycznego. Jednocześnie trwała inwigilacja środowisk duchowieństwa, ścisła kontrola działalności duszpasterskiej, stopniowa likwidacja wpływów katolickich.

Już w 1932 r. powstał pięcioletni radykalny plan likwidacji religii: „Do 1 maja 1937 na terytorium Związku Sowieckiego nie będzie już potrzebny ani jeden dom modlitwy, zaś samo pojęcie Boga będzie wykreślone jako przeżytek średniowieczny i narzędzie hamowania rozwoju mas” – głosił śmiały plan obalenia Boga i Jego religii. Nie mogło bowiem być konkurencji dla teokratycznego w pewnym, nowym sensie państwa sowieckiego, zapewniającego ludziom swoiste zbawienie już tu, na Ziemi. Dla Polaków, którzy w liczbie około miliona mieszkali wtedy w granicach ZSRS, nastąpiła wkrótce – w latach 1937–1938, „Operacja Polska” NKWD. Zginęło wówczas około 200 tysięcy naszych rodaków za samą narodowość, kojarzoną całkowicie z katolicyzmem.

Pod okupacją sowiecką znalazło się w czasie wojny sześć diecezji od wileńskiej po lwowską, w tym łomżyńska, tak więc ówczesna sowiecka Białoruś sięgała już niemal pod Warszawę. Granica między strefą niemiecką a sowiecką przebiegała bowiem koło Małkini. W deportacjach z Kresów, trwających od początku 1940 r. do połowy 1941 r., a i później od 1944 r., w pierwszej kolejności wywożono wojskowych, policjantów, urzędników państwowych, później ich rodziny, a także duchownych. Rozporządzenie Rady Komisarzy Ludowych z końca 1939 r. podpisane przez Ławrientija Berię nakazywało: „oczyścić miasta i wsie z wrogich elementów, osadników, z aparatu miejscowego samorządu, z nieprawomyślnego duchowieństwa, przedstawicieli miejscowej inteligencji, wszystkich narodowości o klasowo-politycznym nastawieniu”.

To „oczyszczanie” zaczęło się już wcześniej. W pierwszych dniach okupacji po 17 września 1939 r. wszczęto represje sowieckie wobec duchowieństwa, co mogło wyglądać na celowe zastraszanie całej ludności. W ciągu paru dni na przełomie września i października rozstrzelano siedmiu duchownych we wszystkich granicznych diecezjach. Zginęli wtedy księża: Romuald Chłopecki z Kołomyi; Bronisław Fedorowicz z diecezji łuckiej, zamordowany w Stolinie na Polesiu; Jan K. Gacki z diecezji lwowskiej, rozstrzelany koło Brzeżan; Marian Skibniewski, jezuita zamordowany w Przyłbicach koło Lwowa. Na Wileńszczyźnie już w dniach od 16 do 22 września 1939 r. zginęli trzej księża: Jan Kryński z parafii Zelwa, Bolesław Korń z parafii Mikielewszczyzna i Antoni Twarowski z parafii Juraciszki.

W ciągu całej okupacji sowieckiej duchowni podlegali takim samym aresztowaniom, śledztwom i wywózkom do Związku Sowieckiego, a później do pracy w łagrach, jak reszta polskiego społeczeństwa. Traktowano ich jednakże jeszcze surowiej jako niebezpiecznych agitatorów religijnych i szpiegów. Jak bowiem głosiła rozpowszechniona propaganda sowiecka, byli podporządkowani nie tylko wrogiej Polsce, ale także innemu, obcemu państwu, za jakie uchodził Watykan. Już podczas wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w połowie 1941 r. duchowni byli zaciekle prześladowani nawet wtedy, gdy Sowieci opuszczali okupowane tereny. Ci, nawet uciekając przed Niemcami, nie zaprzestali represji; w wielu miejscach wymordowali więźniów przed swym odwrotem. Armia Czerwona i NKWD nie zostawiały jeńców. Masowe egzekucje odbywały się w więzieniach Mińska, Wilejki, Oszmiany, Łucka, Lwowa, Złoczewa, a później na „drogach śmierci” podczas deportacji w głąb Związku Sowieckiego. W największych masakrach, takich jak dokonane we Lwowie czy w Łucku, zamordowano dwa tysiące więźniów. Wśród niedobitych ofiar ocalało tam przypadkiem trzech księży: Władysław Bukowiński, Stanisław Kobyłecki, Wincenty Jach. W podobnej masakrze w Tarnopolu uszedł z życiem ks. Zdzisław Rubacha.

Wielu kapłanów zostało zamordowanych właśnie około 20 czerwca 1941 r. Od 22 czerwca do 2 lipca rozstrzelano 42 księży na terenach wschodnich od Litwy i Łotwy aż do diecezji lwowskiej. W rejonie Czortkowa zabito ośmiu dominikanów strzałem w tył głowy. Osobną grupę duchownych stanowili kapelani wojskowi rozstrzelani w Katyniu i podobnych miejscach kaźni. Ogółem, jak podaje ks. Roman Dzwonkowski, w czasie całej II wojny światowej zamordowano 111 księży katolickich. Zaś do łagrów – z wyrokami przynajmniej 10 lat – zesłano około dwustu księży i dwudziestu kleryków.

Prześladowania duchowieństwa nie ustały wcale pod koniec wojny ani po jej zakończeniu. Na terenach, które Sowieci ponownie zajmowali po wycofaniu się Niemców i zdobywali już jako późniejsze ziemie PRL, duchowieństwo było tą grupą, którą w zasadzie, jak uważali, należało wytępić. Na początku 1945 r. rozpoczęto oficjalną akcję, zatwierdzoną przez ówczesnego szefa NKWD (NKGB) Mierkułowa, której głównym celem było „ujęcie najbardziej aktywnych uczestników polskiego nacjonalistycznego podziemia i jego inspiratorów ze środowiska duchowieństwa katolickiego”.

To właśnie duchowieństwo katolickie stało się jednym z głównych wrogów jako środowisko zorganizowane w Kościele katolickim, podległe zewnętrznemu państwu Watykan.

Na początku 1945 r. zamordowano kilku księży – Jana Dolatę SDB, Wilhelma Desperasa OFMConv., oraz 22 księży z diecezji warmińskiej, prawdopodobnie uznanych za niemieckich współpracowników, a 55 wysłano do łagrów. Ogółem, jak podaje ks. Dzwonkowski, w gułagach znalazło się około 600 duchownych katolickich. Przytacza on także charakterystyczne wydarzenie z końca wojny w Gródku Podolskim, które świadczyło także o bohaterskim oporze ludności przeciw represjom wobec księży: „gdy w 1944 wróciła Armia Czerwona, NKWD aresztowała pracującego tam księdza. Było to w Wielką Sobotę przed Wielkanocą. Ludzie postanowili go ratować. Zebrano podobno pół czapki złotych rubli chowanych na czarną godzinę – ale co najważniejsze, zgłosiło się 10 zakładników i komendantowi NKWD powiedziano tak: ‘Towarzyszu, u nas wypada wielkie święto i musimy mieć «świaszczennika». Prosimy przyjąć to, co jest dla was, a poza tym nas dziesięciu możecie zatrzymać. Ksiądz jutro odprawi nabożeństwo i możecie go zabrać’. Komendant wziął pieniądze, zamknął zakładników i wypuścił księdza. Tego samego wieczora ludzie wyprawili go na Zachód (zakładnicy wiedzieli, że tak będzie). Wczesnym rankiem odbyło się nabożeństwo, mężczyźni nieśli nisko baldachim i wydawało się, że ksiądz prowadzi procesję. NKWD po zakończeniu zgłosiła się po księdza, który był już daleko. Zakładników oczywiście zabrano i nigdy nie wrócili. Właściwie ofiarowali życie za wolność tego księdza”.

Misje na Wschodzie

Sytuacja duchownych, którzy pozostali na terenach zajętych przez władze, wojska i służby sowieckie, była jednak bardziej złożona i nieco inna niż pozostałych rodaków. Wywożeni w głąb Rosji, nadal bowiem pozostawali duchownymi. Nawet w uwięzieniu nie utracili swej misji kapłańskiej i ewangelizacyjnej. Często w sposób niejawny prowadzili ją w nieludzkich warunkach przesiedleń, łagrów, katorżniczej pracy. Do tych przymusowo zesłanych i więzionych w łagrach, którzy przetrwali pierwsze represje, dołączyła z czasem inna grupa duchownych, tworzących niesłychane zjawisko. Byli to bowiem dobrowolni więźniowie systemu sowieckiego, którzy decydowali się na wyjazdy w samo centrum prześladowań, w miejsca zniszczenia ludzkiego świata z misją duszpasterską pośród polskich (ale nie tylko) zesłańców i więźniów. Powstał w ten sposób kierowany przez władze duchowne, które jeszcze tam przetrwały, ruch niesienia ofiarniczej posługi ewangelizacyjnej z narażeniem własnego życia, a z pewnością z własnym udręczeniem.

Ruch ten trwał w czasie wojny, ale nie zamarł po jej zakończeniu, bo nadal trwały wywózki, którym podlegało także duchowieństwo z ziem opanowywanych przez Armię Czerwoną i służby NKWD, które potem znalazły się w granicach PRL. Księża nie unikali dalszych wywózek, gdy podejmowali misję ewangelizacyjną wśród zesłańców skazywanych na zasiedlanie terenów po sowiecku, kolonizowanych lub wysyłanych do przymusowej pracy w łagrach. Narażali się tym samym na większą wrogość, albowiem ich służbę traktowano jako działalność polityczną, stopniowo ją ograniczając, a pod koniec wojny całkowicie likwidując. Okazało się, że po wojnie pozostała jednak w Związku Sowieckim spora grupa polskiego duchowieństwa, która dalej prowadziła swą heroiczną działalność duszpasterską mimo kolejnych aresztowań, więzień i zsyłek do łagrów.

Trzech religiozników: Bukowiński, Kuczyński, Drzepecki

W rezultacie największych prześladowań w czasie wojny, a także po niej, powstała przeciwstawna wobec nich reakcja. Ta swoista odpowiedź na przemoc i różnego rodzaju zło objawiała się wtedy w formie chrześcijańskiej pomocy i posługi, Tak powstawała wspólnota ludzi dobrej woli, którzy uznali, że właśnie w takiej sytuacji najbardziej potrzebna jest duchowa pomoc wszystkim pognębionym. W takiej właśnie ofiarnej pomocy znaleźli oni swą rolę i posłannictwo.

Niezmiernie ważną rolę odegrała grupa kilku księży skupionych w diecezji łuckiej, kierowanej przez bp. Adolfa Szelążka. Wszyscy oni pochodzili stamtąd, głównie z Wołynia i Podola (prócz jednego biskupa z Podlasia). Odbyli studia w Polsce, a także w Rzymie i w Paryżu; pracowali najpierw w parafiach krajowych, a dopiero niedługo przed wybuchem wojny wrócili na ziemie wschodnie. Kierowali tam parafiami katolickimi skupiającymi Polaków wśród prawosławnych lub unickich Ukraińców. Ks. Władysław Bukowiński objął parafię w Łucku. Ks. Bronisław Drzepecki kierował seminarium duchownym w Łucku, a po jego likwidacji przez Sowietów został proboszczem parafii w Hucie Stepańskiej, znanej później z krwawych wydarzeń na Wołyniu. Ks. Józef Kuczyński po powrocie ze studiów zagranicznych piastował funkcję sekretarza seminarium, a w czasie okupacji sowieckiej objął parafię w Szumbarze i Dederkałach koło Krzemieńca. Wybuch wojny i sowiecka okupacja połączyły niejako ich losy. Wspólnie doświadczyli represji, nieraz spotykali się w tej samej celi. Później zostali zesłani do najcięższych łagrów, wspólnym miejscem zesłania dla dwóch z nich stał się Kazachstan. Ich praca duszpasterska na wielkich stepowych terenach odbywała się wśród pozostałych tam Polaków (i Niemców) także po wojnie.

Ks. Bukowiński już na początku wojny ledwo uniknął śmierci. Aresztowany w czasie deportacji 1940 r. za pomoc wywożonym rodakom, został skazany na osiem lat łagru, ale jeszcze rok przebywał w więzieniu w Łucku.

Pomoc świadczył również bp Szelążek, który założył w Łucku Komitet Katolicki Opieki nad Uchodźcami, wysyłający później paczki żywnościowe Polakom w łagrach.

Gdy zbliżał się wybuch wojny niemiecko-sowieckiej, NKWD dokonało w Łucku egzekucji dwóch tysięcy więźniów. Ks. Kuczyński stał już przed plutonem egzekucyjnym. Padł razem z mordowanymi, ale prawdopodobnie nie został trafiony. Było to jego wielkie przeżycie, które opisał później w swych wspomnieniach: „Kiedy leżałem na dziedzińcu więziennym pod kulami, byłem aż dziwnie spokojny. Całe moje, wówczas 36-letnie życie skurczyło się do jakiejś znikomej chwilki. Udzieliłem jeszcze rozgrzeszenia moim sąsiadom leżącym obok mnie na ziemi. Myśl moja pracowała bardzo intensywnie. Przeżywałem koniec doczesności, brzask wieczności. Było to przeżycie niewypowiedziane, wzniosłe, absolutnie niemożliwe do zapomnienia. Nie wiem, co by się stało, gdybym odczuł ból rany. Ale nie było żadnego bólu ciała, a duch krążył swobodnie między doczesnością, jak nigdy przedtem i potem w życiu”. Nocą ks. Józef Kuczyński wydostał się spod zwału trupów. Po kilku dniach, gdy weszli Niemcy, wrócił do swojej parafii. Ocalenie zapewne upewniło go w przekonaniu, że musi poświęcić się pracy misyjnej i ewangelizacyjnej w najtrudniejszych sowieckich warunkach.

Duchowni na Syberii

Wszyscy trzej wymienieni kapłani brali czynny udział w obronie ludności polskiej podczas ukraińskiej rzezi na Wołyniu. Ks. Bronisław Drzepecki organizował samoobronę ludności w Hucie Stepańskiej, a ks. Józef Kuczyński dosłownie ufortyfikował kościół w Dederkałach. Był on częścią dużego kompleksu klasztornego i stał się miejscem schronienia dla okolicznej ludności przed atakami Ukraińców. Męska załoga obrońców miała trochę broni. Proszeni o nią Niemcy, którzy tam stacjonowali z niewielkim oddziałem, bali się uzbrajać Polaków, ale obawiali się też Ukraińców. Po kilku próbach zdobycia kościoła i wymordowania mieszkańców, jak działo się to w innych miejscach na Wołyniu, Ukraińcy jednak odstąpili, uznając, że kościół w Dederkałach jest zbyt dobrze broniony i że nie warto narażać się na większe straty.

Księża, którzy przeżyli wojnę, dokonując takich heroicznych posług, zostali wezwani po jej zakończeniu do jeszcze większych ofiar. Gdy wiosną 1944 r. Armia Czerwona wkroczyła na Wołyń, zażądano od bp. Szelążka, by opuścił „wyzwalane” tereny i udał się za Bug. Biskup odmówił, tłumacząc, że mógłby to uczynić jedynie na żądanie papieża. Nie zgodził się też na prośbę przedstawiciela PKWN o poparcie akcji przesiedleń ludności polskiej z Wołynia na tereny przyszłej PRL. Było to krótko przed pamiętnym dla duchownych z tamtych okolic dniem 4 stycznia 1945 r., gdy aresztowano w Łucku sędziwego bp. Szelążka oraz grupę siedmiu księży, wśród nich Władysława Bukowińskiego, Bronisława Drzepeckiego, Karola Gałęzowskiego, Adolfa Kukuruzińskiego, Stanisława Szczyptę i franciszkanina o. Aleksandra Bienia. Ks. Józef Kuczyński został aresztowany cztery dni później w Dniepropietrowsku po odbyciu podróży do Charkowa, gdzie starał się o pozwolenie na otwarcie katolickiego kościoła.

Władze sowieckie uznały, że to grupa spiskowa działająca przeciw państwu sowieckiemu. W ten sposób de facto przyczyniły się do powstania pewnej wspólnoty duchowej, podejmującej dzieło misyjne i ewangelizacyjne. Wtedy się ona rzeczywiście rozpoczęła i trwała później przez lata ZSRS mimo więzień, wyroków, kolejnych łagrów, przesiedleń. Śledztwo wobec tych kapłanów toczyło się w Kijowie ponad rok. Księża siedzieli przez jakiś czas we wspólnej celi. Zarzuty były najwyższej wagi, zwłaszcza wobec 80-letniego bp. Adolfa Szelążka. Pismo z uzasadnieniem aresztowania, podpisane przez pułkownika UNKGB Szestakowa, stwierdzało, że bp Szelążek „od szeregu lat przewodzi w organizowaniu kontrrewolucyjnej, nacjonalistycznej roboty, mającej na celu utrzymanie Polski w przedwojennych granicach z 1939 roku i oderwanie od Związku Sowieckiego zachodnich obwodów Ukrainy”.

Oskarżenie to uzupełniono później dalszymi zarzutami: „Będąc biskupem rzymskokatolickiej diecezji w Łucku, był agentem Watykanu, kierował zbieraniem danych o charakterze politycznym i porządkował je w celu przekazania ich do Watykanu. Realizując antysowiecką politykę Watykanu, wysyłał księży na terytorium wschodnich obwodów Ukrainy z wywiadowczymi zadaniami w celu szerzenia katolicyzmu w ZSRS”. Było to już oskarżenie najcięższe, oznaczało bowiem zarzut szpiegostwa i zdrady. W rzeczywistości chodziło zaś o to, że bp Adolf Szelążek musiał, jak każdy ordynariusz, przygotowywać okresowe sprawozdania o stanie swojej diecezji i przesyłać je do Rzymu, a także o to, że sam mianował administratorów parafii, co teraz zastrzegły sobie lokalne władze sowieckie. Zarzuty te wystarczyły do zasądzenia najwyższego wymiaru kary – w połowie 1945 r. ogłoszono, że bp Szelążek i wszyscy pozostali księża zostają skazani na karę śmierci przez rozstrzelanie i na konfiskatę mienia (jakby mieli w więzieniu jakieś; chodziło zapewne o sprzęty liturgiczne, które wszędzie zabierali ze sobą).

W zbiorowej celi więzienia w Kijowie sędziwy bp Adolf Szelążek zyskał sobie szczególne uznanie, dając innym chrześcijański przykład znoszenia cierpień i niewygód. Jeden z więźniów wspominał: „Od razu uderzyło mnie chrześcijańskie męstwo, z jakim ks. Biskup wszystko to znosił. Ani śladu przygnębienia, upadku ducha. Wyglądał i rozmawiał całkiem normalnie, jakby się nic nie stało. Poważne i pełne godności skupienie charakteryzowało postawę ks. Biskupa podczas całego więzienia (…) Biskup godził się, by jego posłanie umieścić w kącie koło drzwi wejściowych, choć było to w pobliżu ‘paraszy’ [ubikacji]. W tym kącie Biskup długo się modlił na klęczkach rano i wieczorem każdego dnia”.

Dla ks. Władysława Bukowińskiego był to już drugi wyrok śmierci. Władze wyższe KGB uznały wtedy jednak, że wyroki śmierci wymierzone już po zakończeniu wojny, w czasach pokoju, zwłaszcza wobec duchownych z ich zwierzchnikiem na czele, będą źle widziane za granicą. Zawieszono więc ich wykonanie, co oznaczało długotrwałe wyroki łagrów. Na skutek interwencji ówczesnego prymasa Polski kard. Augusta Hlonda i za pośrednictwem papieża Piusa XII, a też z amerykańską pomocą dyplomatyczną, zwolniono z więzienia bp. Adolfa Szelążka. Nakazano jednak jego wydalenie z ZSRS. Tak więc po półtorarocznym pobycie w więzieniu, w wieku ponad 80 lat, hierarcha znalazł się w Polsce w połowie 1946 r. Inni księża z jego celi zostali rozwiezieni do różnych łagrów w całej Rosji – od Workuty, Uralu po Kazachstan. Ks. Bukowiński trafił najpierw do łagru na Uralu, gdzie pracował przy wyrębie lasów. Podobnie od Uralu, choć w innym obozie, zaczynał zesłanie ks. Józef Kuczyński. Potem skierowano go do kopalń w Workucie, gdzie dołączył do niego wkrótce ks. Bronisław Drzepecki. Ks. Bukowińskiego wysłano następnie do Kazachstanu, gdzie pracował w kopalni miedzi. Nieraz jeszcze spotykali się ci kapłani na łagrowych szlakach sowieckiej Rosji. W końcu wszyscy oni znaleźli się w Kazachstanie.

 

Ten artykuł ukazał się oryginalnie w miesięczniku WPIS w listopadzie 2025 roku tu: https://bialykruk.pl/wpis

 

Website |  + posts

Comments

No comments yet. Why don’t you start the discussion?

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *