W 85. rocznicę czwartej deportacji
Polaków z Kresów Wschodnich
Dwie wywózki, jeden naród
21 maja przypada 85. rocznica czwartej masowej deportacji Polaków z Kresów Wschodnich, przeprowadzonej przez Związek Sowiecki. To wówczas ruszyła ostatnia wielka akcja wywózek obywateli polskich z terenów zagrabionych przez Sowietów — wywózki, która objęła także członków mojej rodziny i ich bliskich.
Operacja trwała aż do 22 czerwca 1941 roku i dotknęła przede wszystkim mieszkańców Białostocczyzny, Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny, a także zachodnich obwodów Ukrainy i Białorusi. Historycy do dziś nie są zgodni co do dokładnej liczby ofiar. Dokumenty NKWD, do których badacze uzyskali dostęp na początku lat 90., mówią o łącznie ok. 320–330 tysiącach deportowanych w czterech wywózkach: ok. 140 tys. w lutym 1940 r., ok. 60 tys. w kwietniu, ok. 80 tys. w czerwcu 1940 r. oraz ok. 40–50 tys. w maju i czerwcu 1941 r.
Historycy Instytutu Pamięci Narodowej, uwzględniając osoby nieujęte w sowieckiej ewidencji, szacują rzeczywistą liczbę na ok. 800 tysięcy. Związek Sybiraków oraz polskie władze emigracyjne podawały liczby jeszcze wyższe — od miliona do nawet 1,3 miliona osób. Według różnych szacunków co trzeci zesłaniec nie przeżył zsyłki.
Pamięć o tych tragicznych wydarzeniach pozostaje moralnym obowiązkiem kolejnych pokoleń. Jest również przestrogą — pokazuje, jak wielką cenę naród może zapłacić za utratę suwerenności, osłabienie państwa i obojętność wobec zagrożeń płynących z zewnątrz. Każdy bydlęcy wagon, każda mroźna noc w drodze na Sybir, każde dziecko zmarłe w czasie transportu — to przypomnienie, że państwo, które nie potrafi się obronić, traci najcenniejsze, co ma: swoich ludzi.
W 85. rocznicę czwartej deportacji Polaków z Kresów Wschodnich
Liczba deportowanych obywateli polskich z Kresów Wschodnich w czterech masowych wywózkach z lat 1940–1941 do dziś pozostaje przedmiotem sporu historyków. Według dokumentów NKWD, do których historycy uzyskali dostęp na początku lat 90. XX wieku, łącznie wywieziono około 320–330 tys. osób — w tym ok. 140 tys. w lutym 1940 r. (osadnicy, leśnicy, urzędnicy i ich rodziny), ok. 60 tys. w kwietniu 1940 r. (rodziny aresztowanych, m.in. ofiar zbrodni katyńskiej), ok. 78–80 tys. w czerwcu 1940 r. (głównie tzw. bieżeńcy — uchodźcy z terenów okupowanych przez Niemców), oraz ok. 40–50 tys. w maju–czerwcu 1941 r.
Historycy Instytutu Pamięci Narodowej, uwzględniając osoby nieujęte w ewidencji NKWD oraz aresztowanych w trybie doraźnym, szacują rzeczywistą liczbę deportowanych na ok. 800 tys. Władze RP na emigracji oraz Związek Sybiraków podają liczby znacznie wyższe — od miliona do nawet 1,3–1,35 mln osób. Według różnych szacunków co trzeci deportowany nie przeżył zesłania.
Dwie wywózki, jedna rana
Historia rzadko bywa łaskawa dla narodów, które ją zaniedbują. W XXI wieku, po 2004 roku, Polska ponownie „utraciła” miliony swoich obywateli. Według szacunków GUS, w szczytowym 2017 roku poza granicami kraju przebywało czasowo ok. 2,54 miliona Polaków — głównie w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Holandii i Norwegii. Tym razem nie była to jednak deportacja przeprowadzona przez obcego okupanta, lecz masowa emigracja zarobkowa — tzw. emigracja poakcesyjna.
Ale czy rzeczywiście była ona w pełni dobrowolna? Czy nie mieliśmy do czynienia z nowoczesną formą daleko zaplanowanej „deportacji” — tym razem prowadzonej „w białych rękawiczkach”? Porównanie obu zjawisk może wydawać się prowokacyjne — i takim ma być.
Oczywiście, emigrant XXI wieku nie jest wpychany do wagonu kolbą karabinu. Nie marznie w tajdze, nie pochodzi syberyjską ziemią. Wsiada do samolotu lub autokaru, łączy się z bliskimi przez komunikator, posyła zdjęcia z pierwszej wypłaty. Skala cierpienia jest nieporównywalna — i tej różnicy nie wolno bagatelizować. Sowiecka deportacja była zbrodnią. Emigracja poakcesyjna nią nie była.
A jednak — z perspektywy demografii, tkanki społecznej, opustoszałych wsi i miasteczek, niedokończonych miłości, niewychowanych w Polsce wnuków — skutki obu procesów zaskakująco się zazębiają. Wówczas wyrwano z ojczyzny setki tysięcy ludzi. Dziś — w ciągu dwóch dekad — wyjechało ich kilka milionów. Trzeba mieć świadomość proporcji: jeden szczytowy rok emigracji poakcesyjnej oznaczał dla polskiej tkanki narodowej liczbę nieobecnych większą, niż dały wszystkie cztery sowieckie wywózki razem wzięte — i to nawet w wariancie szacunków najbardziej dramatycznych.
Wówczas okupant świadomie chciał wyniszczyć żywą tkankę polskiego społeczeństwa na Kresach. Dziś trudno oprzeć się wrażeniu, że
ekonomiczny przymus odegrał rolę cichego, anonimowego architekta wielkiego exodusu.
Skąd taka teza? Wystarczy nawet zgrubnie przeanalizować ciąg wydarzeń i zależności przyczynowo-skutkowych. Najpierw wyprzedano filary gospodarki. Dane Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące czasowej emigracji z Polski (osoby przebywające za granicą powyżej 3 miesięcy, stan na koniec roku): w 2004 r. — ok. 1,0 mln; w 2007 r. — ok. 2,27 mln (pierwszy wyraźny szczyt po akcesji do UE); w 2014 r. — ok. 2,32 mln; w 2017 r. — ok. 2,54 mln (rekord); w 2019 r. — ok. 2,42 mln; w 2020 r. — ok. 2,24 mln.
Według najnowszych danych GUS, w 2024 r. za granicą przebywało czasowo ok. 1,5 mln Polaków — głównymi kierunkami pozostają Wielka
Brytania (ok. 415 tys.), Niemcy (ok. 407 tys.), Holandia (ok. 132 tys.) i Norwegia (ok. 78 tys.). Spadek liczby emigrantów po 2017 r. wynika częściowo z naturalizacji Polaków w krajach pobytu (zwłaszcza po Brexicie), częściowo z trwałego osiedlenia się rodzin za granicą, a częściowo z powrotów do kraju.
Należy pamiętać, że dane GUS nie obejmują osób, które na stałe wymeldowały się z Polski — rzeczywista skala polskiej diaspory pounijnej jest zatem wyższa.
Najpierw wyprzedano filary gospodarki narodowej. Następnie wyniszczono kluczowe gałęzie przemysłu, zlikwidowano setki tysięcy miejsc pracy, zubożono społeczeństwo, ograniczono świadczenia socjalne, a jednocześnie coraz bardziej zadłużano państwo. Później otwarto granice i dano Polakom zielone światło do „integracji z Unią Europejską”. W efekcie miliony ludzi w wieku produkcyjnym zostały zmuszone do wyjazdu za granicę w poszukiwaniu godnych warunków życia i pracy.
Czy sam wyjazd za granicę jest czymś złym? Oczywiście, że nie. Wolność przemieszczania się to jedna z najcenniejszych zdobyczy współczesności i każdy Polak ma prawo szukać swojego miejsca tam, gdzie zechce. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy emigracja nie wynika z wolnego wyboru, lecz z ekonomicznego przymusu i braku perspektyw we własnym kraju.
Państwo silne i dobrze zarządzane powinno tworzyć obywatelom warunki do godnego życia, pracy i rozwoju we własnej ojczyźnie — a nie zmuszać ich, by szukali przyszłości poza jej granicami. Dlaczego zatem rządzący przez tyle lat akceptowali ten stan rzeczy jako naturalny — a wręcz prezentowali go jako sukces „europejskiej modernizacji”?
Co tracimy, gdy tracimy ludzi?
Jest coś bolesnego w fakcie, że pradziadek wywieziony w 1940 roku do Kazachstanu i jego prawnuczka, która w 2010 roku poleciała do Londynu „za chlebem”, nigdy nie spotkali się przy tym samym stole wigilijnym w Polsce. Pierwszego zabrała sowiecka maszyna przemocy. Drugą — bezduszna maszyna ekonomicznych konieczności. Oboje, każde na swój sposób, zostali z Polski wyrwani. I oboje pozostawili po sobie tę samą ranę — pustkę po nieobecności.
Każda emigracja, ta wymuszona bagnetem i ta wymuszona pustym portfelem, oznacza utratę kapitału najcenniejszego: ludzkiego. To dzieci, które nie urodziły się w Polsce. To podatki, które nie zasiliły polskiego budżetu. To składki emerytalne wpłacone w innym państwie. To babcie, które nie patrzyły, jak ich wnuki uczą się chodzić. To pogrzeby, na które najbliżsi zdążyli ledwie na ostatnią modlitwę. Naród to nie tylko terytorium i symbole — naród to przede wszystkim wspólnota losu, która słabnie z każdym wyjeżdżającym pociągiem i każdym tanim lotem o świcie.
Świadectwa zesłańców z 1940 roku — listy, wspomnienia, modlitwy zapisane na strzępkach papieru — opowiadają o jednym pragnieniu: wrócić. Wrócić do swojej wsi, do swojego kościoła, do swojej rzeki. Wielu nie wróciło nigdy. Świadectwa współczesnych emigrantów — wpisy w mediach społecznościowych, rozmowy przy świątecznym stole, decyzje o zakupie domu „tam” zamiast „tu” — coraz częściej opowiadają o czymś przeciwnym: o powolnym godzeniu się z myślą, że Polska została już tylko adresem rodziców.
Krótka odbudowa, gwałtowna destrukcja
Dlatego tak istotne było to, co wydarzyło się później. Dzięki rządom Zjednoczonej Prawicy rozpoczęto odbudowę państwa i gospodarki. Polska zaczęła nadrabiać wieloletnie straty, a wiele wskaźników gospodarczych wyraźnie wzrosło — podobnie jak w czasach II Rzeczypospolitej. Co szczególnie ważne, część emigrantów zaczęła wracać do kraju, dostrzegając poprawę sytuacji oraz nowe możliwości rozwoju. Po raz pierwszy od pokoleń saldo migracyjne zaczęło się odwracać — a to oznacza coś więcej niż tylko statystykę. To znak, że ojczyzna znów potrafi przyciągać własne dzieci.
Obecnie jednak, ze zdwojoną siłą i bez żadnych zahamowań, niszczone jest niemal wszystko — nie tylko gospodarka, ale również fundamenty państwa. Depcze się konstytucję, osłabia służby mundurowe, szkolnictwo, ochronę zdrowia i media publiczne. Kraj zalewany jest nielegalnymi migrantami, rozbijane są struktury społeczne, państwo popada w coraz większe zadłużenie, a rodzina — będąca podstawą narodu — jest systematycznie osłabiana.
Jak bolesny jest fakt, że procesom prowadzącym do likwidacji państwa i narodu polskiego towarzyszy poparcie ponad 30 procent samych Polaków — a raczej obywateli posiadających polskie paszporty. Jak można było nie dostrzec procesu ogłupiania społeczeństwa? Dlaczego nie przeciwdziałaliśmy temu wcześniej? Czemu od dwóch lat niszczenie kraju nie wywołuje masowych protestów przeciwko dyktatowi pseudodemokracji i pełzającemu zamachowi na państwo?
Czy jest już za późno?
Nadzieja wciąż istnieje, ale sytuacja staje się coraz bardziej dramatyczna i z każdym miesiącem może być gorzej. Machina wymierzona w narodową Polskę dysponuje wieloma narzędziami, które bez skrupułów zostaną wykorzystane. Można odnieść wrażenie, że prawica święcie wierzy w wygrane wybory, zapominając, że wygrana wyborcza nie zawsze oznacza realne przejęcie władzy. Tym bardziej że już uruchamiane są procesy mogące ułatwić zwycięstwo obecnie rządzącym — jak chociażby przyspieszona naturalizacja uchodźców.
Przypomnijmy: w Polsce przebywa obecnie około 3 milionów cudzoziemców, głównie z Ukrainy, którzy z oczywistych względów mogą popierać środowiska polityczne związane z Brukselą i głosować w wyborach w 2027 roku na Koalicję Obywatelską.
Potrzeba przykładu
Dodatkowym problemem jest kryzys Kościoła. Ta wielowiekowa siła narodu polskiego ulega dziś rozproszeniu, choć proces ten wciąż można zatrzymać. Wystarczy jeden kapłan oddany całym sercem, duszą i umysłem, aby poruszyć miliony wiernych. Być może pojawi się także osoba świecka — nasz współczesny Pan Wołodyjowski. W tym miejscu warto przytoczyć słowa z „Trylogii” Henryka Sienkiewicza, które hetman Jan Sobieski kieruje do Michała Wołodyjowskiego, doceniając jego wyjątkowość i przekonując go, że Rzeczpospolita potrzebuje go jako żołnierza:
„— Przykładów trzeba — rzekł Sobieski — przykładów co dzień, które by w oczy biły. Wołodyjowski!”
Osiemdziesiąt pięć lat temu Polacy z Kresów nie mieli wyboru — siłą wepchnięto ich do bydlęcych wagonów. Dwadzieścia lat temu kolejne pokolenie Polaków stanęło przed wyborem pozornym: zostać w kraju bez perspektyw, czy wyjechać.
Dziś, w 2026 roku, stoimy przed wyborem trzecim, być może najtrudniejszym ze wszystkich — czy zachować państwo, w którym ten wybór w ogóle będzie miał jeszcze sens. Tamci, zesłani w 1940 roku, modlili się o powrót do Polski. My — jeśli mamy być wierni ich pamięci — musimy zadbać, by było dokąd wracać.
Autor: ZAK











